Strony

czwartek, 19 lipca 2012

Recenzenckie wypociny z Sopot Film Festival 2012

Doczekałam się W KOŃCU publikacji moich recenzji :)











Co ciekawe, jestem chyba pierwszą osobą, która zrecenzowała w języku polskim "Esperando el Tsunami"- pewnie dlatego, że nikt nie wytrwał do końca! Mi udało się tylko dlatego, że Zatoka Sztuki oferuje GENIALNE leżaki i zaopatrzyłam się w koc.
Dziś wieczorem recenzja "Śmiertelnie proste"- debiut braci Coen z 1984 roku, a w niedzielę- "Chłopiec na rowerze"(reż. Jean-Pierre i Luc Dardenne)  i film na który bardzo czekam- "Szalona miłość- Yves Saint Laurent"(reż. Pierre Thoreton) :) Serdecznie zapraszam!



wtorek, 10 lipca 2012

Przerost formy nad treścią


      Arystoteles uznał, że forma jest cechą substancji kształtującej się i trwającej. Pamiętać jednak należy, że materia obejmuje wszystko, co nie jest formą, lecz zjawiskiem nieokreślonego podłoża. Treść zaś, w refleksji estetycznej to pojęcie przeciwstawne do pojęcia formy... Jeśli chociaż rozumiesz słynne „przerost formy nad treścią” inaczej niż za duży stanik na za małe cycki jest dobrze. Niech te wszystkie fizolofy sobie w nos rozmyślania włożą. Bowiem odsunięci od prawdziwego życia nie znali pozerów. Pozerów przerostowych.
     Przykładów znam trochę Moja socjologiczna duszyczka każe mi, często wbrew wolnej woli(hipotetyczna cecha świadomości, z powodu której miałoby się wybór przy podejmowaniu działania) robić obserwacje, nie tylko, by się w duszy naśmiewać. Także, by tekst napisać, a jak! Przypomniałam więc sobie parę cwaniaczków, którzy to, mimo takiej samej godzinówki, jak ja, odpowiadali mi na jakiekolwiek pytania, jak z piórkiem w tyłku. Była też i pani, pseudo-zwierzchniczka, co lingwistycznie kulała nawet po polsku, a że Euro było, to po angielsku trzeba było gadać, bo dupka nie na tyle ładna, by tylko ona wystarczyła w negocjacjach. Był też taki, co Forda Focusa pielęgnował niczym Ferrari 250 GTO*. Co się potem okazało, zamienił na włoską setkę, czyli seicento(sei- sześć, cento-sto) i rozwozi pizzę. Kucharzynka, w jednej z lepszych(podobno) restauracji w mieście, ugotował okropny makaron, bo „bez mięsa on nie umie”, ale trzy dyszki za michę wziął. Bluzka, droga jak na szmatkę, którą się okazała, straciła FORMĘ po pierwszym praniu. Lumpeksowy sweter z kaszmiru trzyma się już drugi rok, a kosztował piątaka. Na imprezie, którą reklamowano, jako bardzo ekskluzywną , konferansjer nie potrafiłby wypowiedzieć nazwy zawody wtedy wykonywanego... Biedni ludzie, oj biedni.
  Obserwuję więc sobie świat. Na kolanach zmiatam podłogę, na brudnym piasku siedząc słucham koncertów. Z buzią niewymalowaną chodzę po bułki, w dresie chodziłabym z psem, gdybym go miała(w przypadku niektórych psów szczycących się ogromnym ślinotokiem w grę wchodzi tylko dres- pozdrawiam Frajdę!:)) Otwarcie mówię, że zawieszka Versace, to od perfum, na dodatek nie moich, tylko chłopa. Jak założę perły, nie jest śmiesznie, bo w głowie prawdziwy brylant. U mnie dzień w dzień, przerost formy nad treścią. Nikogo nieangażujący. Samouwielbieniowy.

*Najdroższe auto świata. nie łudźcie się, że wiedziałam ot tak-spytałam, kogo trzeba :)



poniedziałek, 2 lipca 2012

Stara znajoma

Pędząc sprintem życia natknięcie się na starą znajomą jest jak zimny prysznic na pustyni.  Pół biedy, kiedy znajoma jakiś poważnym przewinieniem nie zaszła pod skórkę jak drzazga w wakacje. Wtedy rozmowa przemija raczej płynnie, nawet na kawkę można wyskoczyć. Sprawa lekko się komplikuje, gdy owe spotkanie zostanie zainicjonowane przez  swatkę zwaną pechem z koleżanką, którą kiedyś konie się kradło, a teraz… można co najwyżej… nic nie można. Widowisko zaczyna się uroczystym rozpoczęciem zwanym zawodami w udawaniu- kto się bardziej cieszy ze spotkania. Mówiąc (pisząc ;)) językiem bardziej przystępnym- paleniem głupa. Dalsze rozgrywki znane są każdemu  z nas. Jak wspaniale cię widzieć, właśnie o tobie myślałam, śniłaś  mi się przedwczoraj, ale nie mam twojego numeru i inne, mało autentyczne ceregiele rodem z serialu brazylijskiego.  Potem  grzeczne pytania o życie, studia i pracę, no i czy w końcu masz chłopa jakiegoś. Odpowiadać należy skromnie, bo nie lubimy sukcesu innych osób, oj nie. Jeśli kumpel bywał w domu, zapyta zapewne jeszcze o mamę, co jest nawet wybaczalne, gdyż lubili siebie nawzajem, ale… pytać o ojca, który nie żyje od dwóch lat? Głupią ciszę przerwie się pytaniem o inną wspólną znajomą. Jeśli okaże się, że z hippiski stała się zakonnicą, a ten jej przystojny facet ma kilkoro dzieci, połowę z różnymi kobietami, jedno może nas uratować. Słynne „muszę lecieć”. Przed tym oczywiście oznajmicie z całą powagą w głosie, mimo że to kłamstwo na miarę teraźniejszego rządu, że odnowicie kontakt i na kawkę można przecież skoczyć. W przyszłym tygodniu. Za miesiąc. Nigdy! 

Więc mówisz, że schudłaś 10 kg? :)

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Są kobiety pistolety i kobiety, jak rakiety

Roztaczając wokół siebie pewną specyficzną aurę kobieta idealna wzbudzała zazdrość u innych panien. Wszakże, jakże można i zawsze paznokcie perfekcyjnie mieć pomalowane, łydki(i nie tylko!) starannie wydepilowane, włosy pięknie ułożone?! Gdy wichura za oknem autobusu szaleje, ona wchodzi z armagedonu(zwanego urwaniem chmury) do wcześniej wspomnianego pojazdu i błyszczy. Blink, blink, blink, blink... Z umęczonych butów długogodzinną podróżą wyjmuję stopę owianą perfekcyjnym pedicurem, podciąga na małą dupkę nowiutkie Levisy i idzie w świat, kobieta idealna. Wzbudzając poczucie winy u kobiet mniej obdarzonych szczęściem, lub leniwych, a pechem się tłumaczących. Owe grubaski/ leniuszko- zaniedbuszki próbują więc rywalkę nadgonić. Mimo, że trampki do masywnych nóg nie pasują, wskakują w nie szybciutko, aby nikt nie zauważył, że cellulit zawładnął lewym udkiem. Z prawym podobno jest już lepiej! Mimo, że kształt paznokcia naturalnie migdałowy, na prostokąt piłują. Mimo, że w pastelach wyglądają, jak psu z gardła wyjęte... Pastelami szafa zawładnięta. Mimo że kochają bluzy, noszą chanelowskie żakiety rodem z żurnala. Kiedy już same staną się kobietami idealnymi, nie zauważają, że wyglądając jak z fabryki- hurtowni kobiet idealnych, straciły swój urok. Urok naturalności i spontaniczności.


Są kobiety pistolety
i kobiety jak rakiety
chude, długie i wysokie
z wydepilowanym krokiem

Są kobiety bezzmarszczkowe
fit kobiety luksusowe
pielęgnacji wciąż oddane
z samych siebie odessane

Są kobiety pistolety
pielęgnacji wciąż oddane
z samych siebie odessane

A ja dla własnej wygody
zapuszczam swe ogrody
i kolekcjonuje wzwody
ja, metr pięćdziesiąt dwa

Są kobiety pistolety
i kobiety jak rakiety
chude, długie, opalone
z wydepilowanym łonem

Są kobiety doskonałe
z wyrzeźbionym gładkim ciałem
odmłodzone, odbarwione
całkiem z wieku odsączone

A ja dla własnej wygody
zapuszczam swe ogrody
i kolekcjonuje wzwody
ja, metr pięćdziesiąt dwa
dziko rosnącego nieba

Lubię skóry mojej smak
i fakt, że zawsze jestem na tak
i lubię też, w moich ustach słowo "fuck"

I lubię ten smak gdy w ustach mam
słowo "fuck"

Maria Peszek "Kobiety pistolety"

wtorek, 19 czerwca 2012

Czekolada- moja miłość!



Jesienna pogoda latem działa na mnie demotywująco. Skoro przez pierwszy miesiąc wakacji dni ciepłych „ni widu, ni słychu” to z rozdrażnieniem patrzę na nowiutki strój i ani trochę nie pojawia się w mojej głowie myśl, aby chociażby pobiegać(plan zgubienia jesienno- zimowo- wiosennych kilogramów nadal nie został aktywowany...), by ten strój lepiej leżał. Kupienie o rozmiar za małych slipek jednak nie jest najlepszą dla mnie metodą. Nawet słońce z tubki nie pomaga, bo smugi się pojawiły... Może gdyby łydki były jak u sarenki(chociaż sarny!), a nie młodego hipopotama.... Postanowiłam usunąć chandrę jedzeniem, a konkretniej czekoladą. Gdzieś tam z tyłu głowy zapaliła się lampeczka, że mogę być po niej jeszcze bardziej zdołowana z powodu niepotrzebnych kalorii dostarczonych organizmowi... Babki mówiły, że lepiej spróbować i żałować, niż żałować, że się nie spróbowało! Potraktowałam to jako myśl o charakterze ludowym, do której trzeba się bezwględnie dostosować, prawie jak przesąd ślubny o czymś pożyczonym i pomaszerowałam do kuchni. Poza tym czekolada to magnez, a przecież taka słaba ostatnio jestem, wmawiałam sobie. Otworzyłam szafkę i leżała... Ona, piękna, w zielonym opakowaniu, niemiecka! Nie byle jaka, niemiecka, drodzy Państwo! To tak jakby dostać szwajcarski zegarek, czy ruską(nie rosyjską, ruską!) wódkę! Otwarta. Pachniała pięknie. Czekolada to kakao, kakao to tropiki, tropiki to słońce, słońce to wakacje... Tak, słońce to wakacje. Tym bardziej miałam argument, aby nie zakończyć uczty na czterech kosteczkach czekolady. To przecież takie małe kosteczki. Wspaniale rozpływała się w ustach. Tak przeżywałam jej wspaniałość, że chyba poczuła się za bardzo ściskana, bo wyślizgła się z rąk. Na ziemię upadła strona z niemieckimi napisem „schokolade”, a moim oczom ukazała się tabela. Przeklęta. Była niczym wstanie lewą nogą z rana. Popsuła wszystko. Niestety, ale w wielu językach wspomniane wcześniej kalorię piszę się tak samo. Nigdy nie byłam wybitna z matematyki, ale jakoś potrafiłam policzyć, ile już zjadłam! Że też moja umiejętność liczenia pojawią się akurat w takich momentach! Ze złości uwolnił mnie telefon z wiadomością od przyjaciółki. Na chwilkę swoją obecnością zaszczyciło nas Słoneczko, więc idziemy na spacer. Hej, hej, buzi, buzi. Ta moja przyjaciółka to jest cwana. Sama jedząc słodycze ma wyrzuty sumienia, przyznała się. Skoro spacerek, to i tak się kalorie zgubi. Jesteśmy przecież mistrzyniami przeliczania ilości zjedzonej czekolady na czas, który trzeba poświęcić, aby zredukować tego skutki. Nigdy się nie mylimy, zupełnie nigdy. Nie skończyło się na czekoladzie. Na ciastku francuskim także. Ani na ciasteczkach. Do koszyka dorzuciłyśmy jeszcze sok marchwiowy, żeby trochę zdrowiej było, ale i piwko malinowe na pół. Swoją drogą piwka malinowe są zabawne. Są tak samo realistyczne, jak osoba mieszkająca całe życie na Barbadosie mówiąca, że kocha śnieg. Jeszcze śniegu mi tu brakuje! Jeszcze śniegu! Wszystko zostało pochłonięte. Miałyśmy przecież konkretne argumenty- okropna pogoda, okres jednej z nas, problemy sercowo- chandrowe drugiej, przecena ciasteczek(przecież to wspaniała okazja!). Wróciłam do domu szczęśliwa. Nie wiem, czy to sprawka czekolady, czy tej drugiej przyjaciółki, ale postanowiłam - odtąd spotykamy się we trzy- ja, ona i CZEKOLADA.



"Czekolada" Joanne Harris :)

Lansquenet jest małą mieściną we Francji końca XX wieku. W prowincjonalnym mieście zaś sami prowincjonalni ludzie z prowincjonalnym księdzem na czele. Co się jednak stanie, gdy jakaś mademoiselle(nie madame!) przyjedzie z nieślubnym dzieckiem i wpadnie na pomysł otworzenia pijalni czekolady na samym początku Wielkiego Postu?! Vianne kocha czekoladę i ową miłością chce się dzielić. Uwielbia też ludzi, wie od razu, jakie praliny lubią, a jakich nienawidzą! Wiedźma? Skoro nie, dlaczego tańczy z rzecznymi cyganami, posiada w domu magiczne przedmioty i czasem, próbując być niezauważoną przez innych pstryka palcami odganiając złe duchy? Czyim stanie się ulubieńcem, kto i dlaczego jej nienawidzi, a kogo sprowadzi na skraj czekoladowej rozpaczy?! Akcja toczy się dwutorowo, bo prowincjonalny księżulek też ma swoje tajemnice. Ale czy takie, jak każdy? Książka pełna wspaniałych opisów czekoladowych cudów, nazywanych Sutkami Wenus, figurek, trufli, florentynek, wiśni w likierze i lukrowanych migdałów. Gdybym opisała cała akcję, nie miałoby to sensu! Stracilibyście możliwość przeczytania świetnej, ciepłej książki o zjednywaniu sobie ludzi, magicznej mocy czekolady i wietrze, który jeśli zawieje bardziej, zabierze Vianne i Anouk(córką Vianne) gdzie indziej. A może one chcą zostać w Lansquenet już na zawsze? Sprawdźcie sami!


A po powieści... zróbcie sobie przyjemność ogłądając Juliette Binoche i Johnny'ego Depp'a w ekranizacji tej książki w reżyserii Lasse'a Hallström'a. Trochę różnic, ale ciągle ten sam klimat gorącej, pachnącej czekolady, którą kiedyś leczyło się ludzi... ;)





niedziela, 10 czerwca 2012

A-kapitalistyczna kultura


    Czerwiec upływa nam pod znakiem Mistrzostw Europy w piłce nożnej.  Praca wre! „Tysiące” kilometrów nowych dróg, nowoczesne stadiony na światowym poziomie i zacierający ręce właściciele hoteli, restauracji, czy nawet zwykły Kowalski, który za wynajem swoich czterech kątów może zainkasować niezłą sumkę. Gdzieś między chęcią zysku, a zaprezentowania naszego Trójmiasta , stoi w kącie, podskakuje i wymachuje rękoma kultura, którą definitywnie wykluczono z czerwcowego repertuaru imprez. 
     Mnóstwo festiwali, imprez kulturalnych jest przeniesionych na inny, niż czerwcowy termin. Poczynając od Gdynia Design Day(przeniesione na 7-15 lipca), Sopot Top Trendy( 25-27 maja), Festiwal Wybrzeże Sztuki(29 kwietnia- 7 maja), Gdański Festiwal Tańca(13-22 lipca), Sopot Fashion Days(brak dokładnej daty przeniesienia), czy kończąc na Gdynia Film Festival(7-12 maja). Nie dajcie się zwieść nieznajomości ostatniej imprezy- dawny Festiwal Polskich Filmów Fabularnych nosi teraz taką światową nazwę, że aż szkoda, iż nie będzie zaprezentowany obcokrajowcom!
     Zamiast tego- jakże odkrywczy Football Film Festival. Gdyby ktoś był zmęczony atmosferą piłki nożnej w Gdańsku, niech zrobi sobie odskocznie w postaci filmów o football'u w Gdyni. Są i tacy, który nie podążają za tłumem i niczym młoda lwice broniąca swoje młode, trzymają się swoich terminów.  W Trójmieście odbędzie się Festiwal Streetwaves(Gdańsk), Gdynia Blues Festival, a także impreza Nagroda Literacka Gdynia. Dzięki temu, ci, którzy zupełnie nie cieszą się europejskim wydarzeniem nie będą musieli rezygnować z kultury.
   Mimo to, kulturze, której zabiera się z roku na rok coraz większy procent dofinansowania z budżetu państwa, odebrano teraz także okazję do zaprezentowania się szerszej, światowej publiczności. Oczywiście, kultura nie ma nic wspólnego z kapitalizmem,mimo, że oba zaczynają się na tą samą literę. Często nie przynosi zysków. Może gdyby nie zrezygnowano z większości festiwali turyści nie wspominaliby niedobudowanych dróg, a naszą kulturę? Parę średniej klasy artystów, których koncerty będą darmowe mogą niestety nie załatwić sprawy. 



Niemniej jednak... z pewnych względów cieszymy się z odwiedzin! :)

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Kłótnisko


      Musiało do tego dojść. Jego obojętność i jej czepialstwo w połączeniu z nudą deszczowego dnia przyprawione odrobiną menstruacji i zapracowania Pana doprowadziło do kłótniska. Słowotwórstwo nie bez przyczyny połączone z „pobojowiskiem”. Nie od dziś wiadomo zaś, że mężczyźni i kobiety różnią się. W procesie kłócenia, wykłócania o „winę” i słynne „kto ma rację?” TYM BARDZIEJ!
       Siedział pacan jeden przed komputerem godzinę drugą. Herbaty nie zrobił, bo zapomniał. Stękała baba głupia przed lustrem niczym młoda gąska, tylko temat inny niż gąsięta, a mianowicie- kolor farby do włosów na opakowaniu wyglądał inaczej niż na głowie. „Zawsze wychodzi inny” wypowiedział pierwsze zdanie od niepamiętnych czasów, doprowadzając na skraj załamania nerwowego i tak zrujnowaną psychicznie kobietę. Kłótnisko- pobojowisko zaczęło się. Sąsiedzi wychodzą pod okno, kibicując, kto wygra, pies chowa się pod stół, a żółw zatyka uszy, mimo że owych nie posiada. Po prawej, proszę państwa, Waleczny Zapominalski Gamoń, szczycący się słowami „nie umówiliśmy się przecież na dokładną godzinę”. Po lewej, drodzy widzowie, Zmenstruowana Wiecznie Znudzona Życiem Maruda. Runda pierwsza, druga i trzecia, przebiega pozornie bezboleśnie. Gamoń siedzi na krześle, fotelu lub leży w łóżku, zbytnio nie gestykulując, nawet(sic!) patrząc w telewizor. Maruda krząta się i drepta,  w przeciwieństwie do przeciwnika zbytnio gestykulując, machając rękami częściej, niż dyrygent orkiestry szczycącej się szybkim, szybszym i pędzącym repertuarem. Runda czwarta, piąta. Gamoń sapie i wzdycha, o co tyle hałasu, a Maruda żali się niebiosom o niezrozumienie i wypowiada słynne „za jakie grzechy?”. Skoro taką udręką jest Gamoń to wychodzi napić się wódki, mimo że obiecał nie wychodzić, a Maruda dzwoni do przyjaciółki, mimo że obiecała nie rozmawiać o związkowych problemach z dziewuchą, która i tak już go nie lubi. Gamoń wraca schlany, Maruda wyciąga mu śpiwór, a potem beczy Baba Głupia, że on śpi nie pod kołdrą. 
         Oboje walkę przegrali. I wygrali- niesamowity proces godzenia się następnego dnia! :)



Polecam Wam także świetną, tematyczną, szybko czytającą się książkę twórcy "Oskara i Pani Róży", Erica Emmanueal'a Schmitt'a "Małe zbrodnie małżeńskie", którą znajdziecie tutaj:

czwartek, 31 maja 2012

Nietykalna nijakość Polaków, czyli recenzja "Nietykalnych"


          Wiele razy oglądamy film pod wpływem czyjejś recenzji. Tak było i tym razem. Liczyłam na dramat, lekko psychodeliczną historię- na to wskazywały reakcje ludzi, którzy już owy film oglądali. Zawsze robiąc specyficzną, wygiętą w zadumie minie, polecali film, a ja myślałam „o, zaserwuję kolejny ciężki film w środowy wieczór, aby mój towarzysz kina nie zapędził się w sinusoidzie uczuć znajdującej się na szczycie zwanej szczęściem, radością i uśmiechem ;)”.
        „Nietykalni” to film o czymś, co wydawać się może chwytem marketingowym, niczym u Kabaretu Mru- Mru i ich zupkach chińskich. Dwa zupełnie inne światy, styczność, która na początku wywołuje niedowierzanie, a potem... Potem jest tylko lepiej. Historia zdarzyła się naprawdę, chociaż ciężko w to uwierzyć. Opowiada o Driss'ie, który wychodząc z więzienia potrzebuje podpis, iż był w miejscu wyznaczonym przez urząd, w celu zdobycia pracy. Owy podpis potrzebny jest do zdobycia zasiłku, w przypadku niedostania posady. Co się jednak stanie, kiedy Phillippe'owi, sparaliżowanemu w wypadku multimilionerowi spodoba się Driss i zechce, aby to właśnie on został jego opiekunem? By podawał mu telefon, zakładał rajstopki, karmił i wsadzał ręcę tam, gdzie codziennie dłoni się nie wkłada? Zaczyna się niesamowita relacja, między biednym, a bogatym, czarnym, a białym, sprawnym, silnym, a słabym i kalekim. Związek przepełniony brakiem współczucia, absurdalnym poczuciem humoru, który śmieszy każdego, ze względu na przekraczanie granic. Świetny komedio- dramat, choć może się wydawać, że oba gatunki są tak sprzeczne, że nie da się ich połączyć. W tle paryskie slumsy, bieda, konflikt Drissa z matką,  problemy emocjonalne córki Phillippe'a, lecz także miłość, romanse i niepewność związana z kalectwem. Odejście Driss'a, powrót i wielka przyjaźń.
         Do teraz nie wiem, dlaczego ludzie tak reagują na ten film. Czy przytłacza ich kalectwo, prawdziwa przyjaźń, czy szczęście? Przytłacza na tyle, aby innym polecać film tak beznadziejnie, że aż się nie chce oglądać? „No... , fajny film”- powiedziała z czymś bliżej nieokreślonym w głosie Mariola i jadła dalej kanapkę. 



     

A tutaj zwiastun, gdyby ktoś nie był przekonany, czy warto iść do kina- WARTO, WARTO, WARTO! :)

poniedziałek, 28 maja 2012

niedziela, 20 maja 2012

Homo Studentus Sesyjnus


       Jest taki okres w hulankowym życiu studenta, kiedy z beztroskich imprezowiczo- zabawiaczy zmieniają się w istnych Einsteinów. Darwinów. Freudów. Marksów. Lecz... jeśli jednak tak nie jest, zamieniają się chociażby w Kolumbów chcących odkryć nową drogę. Do zdania bez przemęczania. Lub przynajmniej wykombinowania nowego sposobu ściągania do zdania. Jak zwał tak zwał.
     Metod jest wiele. Od prehistorycznej małej karteczki(zamieszczonej we włosach, pod spódnicą, pod butem...), poprzez wyryte na długopisie najważniejsze informacje(o dziwo, cały semestr mieści się na... 20 centymetrach kwadratowych!), aż po napisane specjalnym „znikającym” długopisem wszystkiego na kartce i podświetlanie, kiedy żandarm nie patrzy. Zawsze jednak znajdzie się jakiś kolega żandarma, kapral jakiś, albo inny majtek i po nas- szczerze, nie polecam!
     Teraz czyta dla Państwa Krystyna Czubówna. „Jednak aby doszło do samego decydującego egzaminu podczas którego Homo Studentus Sesyjnus może zaprezentować swoje możliwości(zazwyczaj marne), ZALICZYĆ należy ćwiczenia. Oj, jaki biedny gatunek Homo Studentus Sesyjnus. Mnoży się i troi przed ćwiczeniowcą, a ten niedostępny jak młoda samica- dziewica. Oznajmia „ Nie było pana trzy razy, a można dwa. Koło niezaliczone. Nie wiem co z panem zrobię.” Jednak Homo Studentus Sesyjnus ma już plan na takich niedostępnych typów. Chodzi i ględzi, wierci dziurę. Okazuję się, że zna na pamięć godziny konsultacji, z naciskiem na „profesor” mówi do niedostępnego, chwali ostatnią publikację i od zawsze interesuję się właśnie tą tematyką. Po prostu, system edukacji uniemożliwia rozwój tak wybitnym jednostkom, jak owy Homo Studentus Sesyjnus, ale jeśli da mu pan, pfu, przepraszam, PROFESOR szansę...” I pod wpływem zalotów ćwiczeniowca ulega. Czyta dalej Krystyna Czubówna: „ Jednak Homo Studentus Sesyjnus nie jest gatunkiem wytrwałym. Kiedy okazuję się, że jednak tematyka nie jest tak interesująca, jak próbował przekonać sam siebie, chce znaleźć inne metody na ZALICZENIE. Z pomocą przychodzą mu inne jednostki Homo Studentus Sesyjnus, które licząc na najbliższe odwzajemnienie pomocy, pomagają rozwiązywać kolokwia. Czasem jednak zdarza się tak, iż osobnik musi zmierzyć się z problemem „sam na sam”, wtedy może liczyć jedynie na grupy Homo Stydentus Sesyjnus, które łaskawie udostępnią poprzednie wzory zaliczeń. Najlepiej z rozwiązaniami. W zamian za to jednak Homo Studentus Sesyjnus musi chwalić ową grupę pod niebiosa, postawić przywódcy(staroście) kawę z automatu. Biorać pod uwagę fakt powszechnej biedoty panującej wśród owego gatunku jest to nie lada wyczyn.
     Owy mechanizm proszenia, błagania i próby wywołania litości Homo Studentus Sesyjnus musi powtórzyć co najmniej parę razy. W tym czasie przyjmuję środki o nazwie „Sesja” mające dać mu najdzwyczajną moc. Nie śpi po nocach. Jest bardzo, ale to bardzo biedny i markotny. Powtarza wraz z innymi jak mantrę „zaliczymy, zaliczymy” Wywołuje u rodziców proszących o spełnianie obowiązków domowych poczucie winy. Jest sesja. Niczym okres godowy u pawi.
     Zdarza się jednak czasami, że nie starczy sił, SZCZĘŚCIA, tabletek "Sesji" lub osobnik Homo Studentus Sesyjnus jest wyjątkowo wyczerpany wcześniejszym semestralnym wysiłkiem. Kiedy nie uda się ZALICZYĆ sesji podstawowej, na ratunek niczym in-vitro pędzi sesja poprawkowa. Można sesję POPRAWIĆ. POPRAWIĆ ZALICZENIE. Też brzmi całkiem nieźle, a rezultat- ten sam!



W związku z tym życzę wytrwałości, niekończących się siłodajnych tabletek i wyrozumiałości, iż i ja znikam na parę dni :)

niedziela, 13 maja 2012

Wojna o miejsce. O jaśka. I o to, komu wolno trzymać kołdrę między nogami!


      Świat karmi nas utopijnymi wizjami świata, rzeczywistość wygląda jednak zupełnie inaczej. Zabierze ulubioną poduszkę, odkryje w nocy, na końcu wbijając łokieć w plecy! To rzeczywistość. Rzeczywistość spania razem!
       Z ogromną nadzieją, że może owa noc będzie trochę inna kładą się spać. Pan i Pani. 
Pani na twarzy mając krem, na razie nie kładzie się czołem w stronę poduszki, niemniej jednak nie przeszkadza to owej Pani „jaśkiem” się nie podzielić z Panem. Pan lekko zirytowany uważa więc, że chociaż należy mu się za to kołdra, ale nic bardziej błędnego. „Za to piwsko, co wychlałeś” powiada w myślach Pani i raz dwa, kiedy Pan nie patrzy, kołdrę zwija w zgrabny rulon i wkłada między nogi. Poddenerwowanie samca rośnie, ale zgodnie z „miłość cierpliwa jest” lekko przysapuje, nic nie mówiąc. Apogeum wytrzymałości Pana nie zostaje nawet osiągnięte, kiedy Ona, mimo, że „jaśka” nie potrzebuje, musi go mieć gdzieś w pobliżu, czytaj: nikt inny nie może go używać, nawet jeśli leży na ziemi! Zasnąć spokojnie On nie może, bo Pani słyszy, że Pan chrapie, mimo że(jego zdaniem) nie chrapie. Chrapie, czy nie chrapie? Oto jest pytanie.  Poza tym, nie można leżeć z rękoma złożonymi, jak w trumnie! Pan jest spokojny. Ale kiedy dostał łokciem w plecy, a potem z kolanka w udko... Mówi dość. Zabiera „jaśka”, tyłkiem się obraca, eliminuje nadmiar kołdry u Pani. Rano słyszy jeszcze, że nigdy Jej w nocy nie przytula, a jak przytulał... to że za bardzo! Jak się okazuje- nadzieja matką głupich, a i najgorsza matka wie, że rozwiązaniem problemu byłoby spanie osobno... 
     Mimo to, kładą się spać razem i razem się budzą, bo dobrze mieć siebie nawzajem w pobliżu. Po prostu.

O kupnie drugiego "jaśka" nie ma mowy! To psuje równowagę w naturze!



Czasem nawet pies z kotem lepiej się dogadują w pewnych kwestiach niż Homo Sapiens! :)

czwartek, 10 maja 2012

Okropne wege herezje!

Zaczynamy! :)

1. Istnieją takie składniki odżywcze istniejące tylko w mięsie- BZDURA!
żelazo- produkty zbożowe, zielone warzywa liściaste, warzywa strączkowe, suszone owoce, orzechy
wapń-orzechy, suszone owoce, mleko sojowe i tofu, mleko krowie, jogurty, ser
B12- drożdże, soki owocowe

2. Człowiek potrzebuje do życia niezbędnych aminokwasów zawartych w mięsie- BZDURA!
Owszem mięso zawiera aż 21 cennych aminokwasów, jednak człowiek potrzebuje ich w dziennej diecie jedynie 8. Owa ilość znajduję się w takich produktach jak ziemniaki, pomidory, platki owsiane, ryż, czy pszenica.

3. Człowiek potrzebuje białka zwierzęcego, aby w pełni sił iść przez życie- BZDURA!
Od lat instytucje zajmujące się zdrowym żywieniem przekonują, że ludzie powinni ograniczyć spożywanie białka!
Powody: 
* nasz organizm potrzebuje niewielkie ilości białka, lecz przede wszystkim nie potrafi go magazynować, długo je trawi, marnując naszą energię na coś zupełnie zbędnego- w efekcie białko nie zamienia się, ani na węglowodany, ani na tłuszcze.
*nadmiar białka rozkładany jest w wątrobie- wydalany przez nerki jako mocznik(w efekcie owe narządny nadmiernie pracują, co wpływa na zmianę tkanki nerwowej!) 

4. Nadmiar mięsa w diecie powoduje szereg chorób- PRAWDA!
* duże spożycie wołowiny i wieprzowiny- miażdżyca, nowotwory, rak jelita grubego i odbytu, choroby metaboliczne, reumatoidalne zapalenie stawów, zawały serca, otyłość
*zamiana mięsa czerwonego na białe nic nie da- obecnie ptaki faszerowane są antybiotykami, które służą zarówno zwiększeniu masy ciała, jak i zapobiegnięciu chorobom związanych z nieprawidłową hodowlą. Jeśli nie masz pieniędzy, aby kupić kurę z ekologicznej hodowli- lepiej nie jedz mięsa w ogóle!

5. Hodowla mięsa jest bardzo nieekologiczna-PRAWDA!
Na 10 kg soi przeznaczonej dla bydła otrzymujemy 1 kg mięsa, do wytworzenia którego zużywa się 100 000 litrów wody! Dzienna porcja warzyw wymaga zużycia jedynie ok. 100 litrów wody :)


Nigdy nie namawiałam nikogo, aby przestał jeść mięso. Uważam jednak, że ten tydzień sprzyja. Jestem zdemotywowana niewiedzą ludzi, standardowym pytaniem, które zna każdy wege- "to co Ty jesz?!" i dyskryminacją w restauracjach. Przykro mi, jak muszę wychodzić z kolejnego lokalu, bo mogę zjeść tylko przystawkę, a kucharz za dychę nie potrafi dla mnie nic przygotować. Tym bardziej dziękuje pewnemu panu, który mimo że wcina mięso,wspiera mnie i szuka miejsc, gdzie możemy jeść razem. A w sobotę- wege grill! Z panią wege od 14 kwietnia(tak!tak!tak!) i z panią byłą wegę, którą jeszcze przekabacimy na dobrą stronę mocy! 




poniedziałek, 7 maja 2012

Wege tydzień!

Jeśli kiedyś chciałeś spróbować lub  masz błędne przekonania o diecie wegetariańskiej- właśnie w tym tygodniu masz świetną okazję do spróbowania na czym to tak naprawdę polega! Rusza ogólnopolski tydzień wegetarianizmu! Zapoznajcie się z paroma przepisami na http://zwegowani.pl/, zróbcie listę zakupów i ruszajcie w nieznane! Tydzień wegetariańskiej obfitości na pewno nie zaszkodzi :)

Na fejsbukowej stronie Fundacji Viva! plan imprezy w Warszawie- jeśli ktoś z Was akurat tam przebywa.

Na dniach obalę parę wege- mitów, wstawiając przy tym zdjęcia plus opisy kilku sprawdzonych potraw.




Tymczasem idę na kozetkę do psychiatry, w końcu według WHO jestem chora psychicznie :)

sobota, 5 maja 2012

Koko Koko Euro Spoko! :)

Koko koko euro spoko,
Piłka leci hen wysoko,
Wszyscy razem zaśpiewajmy,
Naszym doping dajmy!

   Nucę sobie od paru dni i przestać nie mogę.Wstyd. Taka mądra dziewczyna, a nie wie, że to hańba dla polskiego narodu, aby taka piosenka nas reprezentowała! Polacy pałają nienawiścią do "Jarzębiny". Nie głosowali, nie interesowali się, ale nienawidzą. Pokrywa mi się to trochę z wyborowym standardzikiem, kiedy "sejm jest zły, wszystko jest złe, ale ja nie jestem zły, bo ja nie głosowałem na to zło- nie głosowałem w ogóle!"
 Mi się podoba- świetnie przedstawia polski folklor, którego się nie wstydzę. Babcie śpiewają, trochę naśladując kurki. Są i skrzypki i tamburyn. Refren wpada w ucho- jest łatwy do zapamiętania, powtórzenia przez obcokrajowców. Kobiety podskakują wyżej niż niejeden z polskiej reprezentacji, a ikry to mają na pewno więcej niż niejeden śledź zjadany do polskiej wódki. Polską wódkę piją, a folkloru nie lubią... 
 Tekst ma nawet trochę więcej sensu niż "Let's get loud" J. Lopez(będący hymnem podobnego wydarzenia) i mniej niż "Czyste szaleństwo"- moim zdaniem nie szkodzi. Jeśli hymn śpiewa, ktoś inny niż Górniak- jest ok! :)
  

piątek, 27 kwietnia 2012

O gehennie wstawania.


   Niegdyś ulubiona piosenka dzisiaj znowu stała się znienawidzoną. Codziennie jest taka sama, mimo to, z dnia na dzień wywołuje coraz większa emocje, głównie nienawiść- zmusza do wstawania z łóżka.
  Może i są na owym świecie ranne ptaszki, ludzie niczym wróbelki, skowronki, czy gawrony. Ja jestem sową. Chciałabym, aby świat dał mi możliwość bycia sową. Nie daje. Sama świadomość konieczności wstawania przed godziną siódmą wywołuje we mnie odruch wymiotny. Jeśli lekarz patrzy na Ciebie podejrzliwie, że znowu boli Cię gardło, a wszystkie przysługujące Ci nieobecności w szkole/ pracy zostały wykorzystane... Jak trzeba, to trzeba. Czas wstać.
  Dziękuję ludziom mądrzejszym ode mnie, że wymyślili instytucję "drzemki". Drzemkuję sobie pięć minut. Dziesięć minut. Błogo. Kołdra z minuty na minutę wydaje się być coraz cięższa, cieplejsza. Świat za oknem coraz brzydszy, nieprzychylny. Jakaś taka szara pogoda dzisiaj... Niech będzie, kolejne dziesięć minut w łóżku na pewno da mi energię na tyle, aby wstać. Nieważne, że dnia wcześniejszego obiecałam sobie w końcu zacząć jeść śniadania. "Przecież w głębi duszy uwielbiasz jeść śniadania na śmierdzącym dworcu" powtarzam sobie. Jak powtórzę dziesięć razy, na pewno w to uwierzę, a i parę minut zyskam. Dwadzieścia minut po zaplanowanym czasie wstania zwlekam się z łóżka, pełna zupełnie niepozytywnej energii, która miałam zyskać dzięki ponad tysiącu sekund, jakie spędziłam TAM. Z rozmarzeniem wspominam te wspaniałe czasy leżenia, które skończyły się całe pół minuty temu. Dochodzę do jakże mądrego wniosku, że  pracoholicy mają na pewno niewygodne łóżka... Chińczycy zdecydowanie też, skoro tak mało śpią... Niby dlaczego nie chcą TAM dłużej zostawać?
   Drogie Łóżeczko, uświadom ludziom, od których zależny jest mój czas wstawania, że są na tym świecie i sowy. Zostało udowodnione naukowo, że ludzie żyjący zgodnie ze swoim biorytmem są efektywniejsi w pracy, szybciej się uczą i wolniej męczą. Uświadom im to proszę, bo potem bawię się tworzenie idiotycznych teorii naukowych, tak żałosnych, że aż strach. Co by było, gdybym musiała wstawać przed szóstą!




piątek, 20 kwietnia 2012

Babiniec!

Zbliżał się piątek. Panna M. lekko osowiała beznadziejnym tygodniem niechętnie zgodziła się na babski wieczór, mimo że poznała już nieraz jego lecznice właściwości. „A niech będzie”. Już w środę pani gospodarz zastanawiała się, co  będą jeść. Biorąc pod uwagę fakt towarzyszącego kobietom przez całe życie okresu dietowego(przed dietą, w trakcie diety, po diecie plus solidaryzowanie się z koleżanką, która na owej diecie właśnie jest!) wymyślenie menu to nie lada wyzwanie. Stanęło więc na niskokalorycznej pizzy z podwójnym serem, kilogramach czekolady i niejednej i niedwóch butelkach wina. Lub paru setek wódki. Jak kto woli. Jedzenie mamy odbębnione. Teraz czas na program spotkania. Pani gospodarz pewnie trochę zapomina , że liczy się spontaniczność, w końcu, jak ostatnio zdały się na nią to... oglądały telewizję. Przygotowuje więc super ciekawe gry i zajęcia, jak państwa-miasta(jedna koleżanka mająca problemy z miastami, chciałaby, aby owa gra nazywała się państwa- zwierzęta), twister(druga koleżanka mająca tu i ówdzie za dużo, może stawiać nogi i dłonie jedynie w równoległej linii), maseczkowanie(trzecia koleżanka ma uczulenie na wszystko). Wszystko rodem w piekła, ale tak, jak w amerykańskim filmach. Puk, puk, już są, denerwuje się gospodyni. Mimo że widziała gości już tysiące razy, dzisiaj to coś innego, dzisiaj to BABSKI WIECZÓR. Okazało się, że czwartej koleżanki nie będzie, bo chłopa dorwała. A niech ma, w końcu. „Jeszcze do nas przyjdzie zapłakana” stwierdzamy, z lekką zazdrością w głosie, że woli jakiegoś chłopka roztropka, aniżeli nas. Robimy ową pizzę, pijemy wino i pani gospodarz po trzeciej lampce jakoś się rozluźnia. Państwa-miasta zaczynają być coraz śmieszniejsze, pod wpływem procentów stawianie nóg i dłoni możliwe jest po ukosie, a nie tylko równolegle, a i uczulenie nie przeszkadza. „Maseczkę na dłonie mi zrób, a co!”. W międzyczasie śpiewają Spice Girls, następnie Britney, Marylin Monroe i Madonna. Potem jest już tylko gorzej. Stawianie nóg jakkolwiek zaczyna być niemożliwe, państwa mylą się z miastami, a panna alergiczka zasnęła z psem na podłodze. Pijaczka. Co za baby, myśli gospodyni, w głębi serca wiedząc, że bez owych bab życie nie miałoby sensu. Niech żałuje numer cztery.


Jeśli macie trochę bardziej wytrzymałe przyjaciółki, niż ja- filmy, które świetne sprawdzają się w tej babskiej aurze(pomijając oczywiście większość filmów Almodovar'a!)






sobota, 14 kwietnia 2012

Korkownik.

  
    Po "ekscytującej" zakupowej wyprawie czas nareszcie wrócić do domu. Zmęczona sklepowymi piosneczkami rodem ze szpitala psychiatrycznego(przysłuchaliście się kiedyś muzyce w hipermarkecie o nazwie na literę "T"?), płaczącymi dziećmi( w sklepach uaktywnia się opcja "beksa") i atakującymi nas z każdej strony paniami hostessami(swoją drogą, ze mnie też była panna hostessa!), na samą myśl o mieszkaniu-uśmiecham się. Myślę sobie, raz dwa, wypakuję zakupy i oddam się błogiemu lenistwu( kto mnie czytuje regularnie, ten wie, że to jedno z moich ulubionych zajęć). Wjeżdżamy na obwodnicę i... Korek. Wielki uliczny zator. W takie dni jestem z ekologami jeszcze bardziej "za pan brat".
    Postanawiam owy korkowy czas spędzić na socjologicznych obserwacjach. Otoczenie sprzyja- krajobraz średnio-zmienny. Obiektów do badań parę się znajdzie, na pewno na tyle, aby wyłonić kilka podstawowych typów korkowników.
    Typ alfa(numero uno z racji największej częstotliwości występowania)- podirytowany/ nerwusek. Objawy: stukanie palcami na kierownicy niczym młody Chopin, coraz częstsze zmienianie stacji radiowej/ całkowite wyłączenie radia z racji "wszechobecnego kiczu". Apogeum- otworzenie okna, używanie wulgaryzmów. Na uwagi pasażerów o bezsensowności owego zachowania- agresja.
       Typ beta- znudzony śpioch. Objawy: przyciszenie muzyki, podpieranie głowy na kierownicy/ opadająca głowy do tyłu/ ziewanie. Budzi się co jakiś czas na dźwięk klaksonu i mówi" co ci ludzie tak trąbią", nie zauważając, że przed nim kilka metrów wolnej drogi, która jak wiadomo, w czasie korku, jest na wagę złota. Szczególnie niebezpieczny na zdrowia psychicznego innych kierowców.
     Typ gamma-błazen a'la Stańczyk (rzadko występujący) Objawy: podgłośnienie muzyki, tańce wygibańce i inne swawole. Robienie min do znerwicowanych dzieci typka alfa i zasypiających maluchów "bet'ek". Podskakuje nie mogąc usiedzieć na miejscu, robi palcami smugi na szybie "tworząc" sztukę. Również niebezpieczny dla innych kierowców, szczególnie dla typa alfa, skłonnego do bójek i wyzwisk.
      Typ delta- obserwator(np. ja). Objawy: wygląd lekko znudzonego, podirytowanego, ale bez przesady. Robi porządek w torebce, ale kiedy okazuje się to bezsensem, ukradkiem spogląda na innych(chce być niezauważony). Zapamiętuje rejestracje samochodowe, marki samochodów najczęściej występujących. Mimo, że wydaje się najnormalniejszy- nie dajcie się zwieść. Z wszystkich typów, obserwator ma największe problemy psychiczne. Bowiem kto dorabia ideologie do korka ulicznego?
    W takie dni, jak tamten, wychwalam anioły pod niebiosa, że jak dotąd nie zrobiłam prawa jazdy. Do tego też dorobię sobie ideologię, a co! :)


Są takie auta, wśród których chciałabym stać w korku!

www. autokrata. pl


www. auto.dziennik.pl
         

I takie, o których marzę!

www.flickr.com
Jednak najlepsza opcja w czasie zakorkowania to... VESPUNIA!

www.designerstalk.com

Obawiam się jednak, że byłby ze mnie kierowca niczym... Jaś Fasola! :)

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Poświąteczna depresja!

  Mimo że trwają zaledwie parę dni potrafią wzbudzać w nas wiele uczuć. ŚWIĘTA! Od przemęczenia spowodowanego pieczeniem mnóstwa ciast(babki, mazurki, serniczki, tiramisu, babeczki, keksy, paschy), poprzez irytację na niedogotowaną kiełbaskę,  rozżalenie(„Zając” znowu nie trafił w nasz gust!),  na poświątecznej „depresji” kończąc. Pierwsze trzy uczucia trwają chwilkę. Ostatnia, trzyma się niczym rzep psiego ogona! I nie pomoże tu powiedzonko „święta, święta i po świętach”. O nie!
 Cholerstwo nie bierze się znikąd. Najpierw pucowaliśmy okna, jak perfekcyjna pani domu. Potem nadziewaliśmy mięso, niczym Gordon Ramsey. Nasza uwaga skupiała się na przygotowaniach przeświątecznych.  W międzyczasie poświęciliśmy wypasione palmy, kolorowe jajca. Nadeszła niedziela i zaczęło się! Szynka, golonka, roladka, sałatka, ziemniaczki, albo i ryż. Trochę ciasta, więcej ciasta, dawaj ciasto!

„Heniek, przynieś sernika, bo tylko pięć kawałków zostało!”.
„No, poszedłbyś po ziemniaczki”.
”Ależ jedz, tak mało dzisiaj zjadłaś”
„A tutaj dla Ciebie taki prezencik, czekoladka taka, jak lubisz”
„Daj buziaka cioci, no daj”

  W poniedziałek chlusnęło na nas trochę wodą, ale zdecydowanie bardziej jedzeniem. Nie zapominajmy o pokarmie. I o pożywieniu. I o posiłku. Jadło, żywność, dary nieba...
 Po tych wszystkich „dobrodziejstwach” w dzień poświąteczny budzimy się i... czujemy się dziwnie. Objedzeni, zmęczeni siedzeniem przy stole i lekko niewyspani. Obowiązki, które parę dni temu były niczym chleb powszedni dzisiaj robią na nas wrażenie nie do pokonania. Możemy próbować im podołać, walczyć z nimi, może jedną, czy dwie bitwy wygramy, ale wojnę? Wojna z góry przegrana. Chyba, że przyjmiecie moją taktykę- nicnierobienie, aż się zachce robić. Z nudów. I odleżyn. No i może dlatego, że będą powtórki w telewizji?

To mój plan na dziś :)



+MYŚL O MAJÓWCE ZA KILKANAŚCIE DNI!






piątek, 6 kwietnia 2012

Ale jaja!

Kiedy już wyczyścimy wszystkie okna. U siebie, u babci i u sąsiadki. Kupimy wielkanocny "chlebek" po cholendarnej cenie. Zaopatrzymy się w pseudoczekoladowe króliki. Zrobimy sałatkę, babkę, żurek i zetrzemy chrzan. Kupimy bukszpan. Rozczulimy się na samą myśl o żółtych kurczaczkach. Przed pokropieniem super wypasioną święconą wodą-trzeba przystroić jajca!

Potrzebujemy:


*parę jajek jedyneczek

*żonkila, stokrotki lub inne napotkane kwiaty :)
*trochę patyków

*garść płatków oswianych


MNÓSTWO INWENCJI TWÓRCZEJ, CHĘCI I...





Jeśli ktoś z Was nie wie, co to jajka jedyneczki- żałujcie! Info: Dlaczego nie jem jajek nr 3, NIGDY! :)


PS.  Szał wielkanocny opanował mnie do tego stopnia, że myślę tylko o tym, co mi przyniesie zając!

środa, 4 kwietnia 2012

Uzdrawiająca moc wody!


Zupełnie zdemotywowana pełnym deszczu dniem postanowiłam zabić skutki wroga w postaci zmęczenia jego własną bronią- wodą! Wszakże i włosy pomoczone i buty rozklejone i oko rozmazane... Po głowie maszerowały mi(dosłownie i w przenośni!) małe kropelki wody, które zbierały się w krople, te zaś w strumień. Prawa, lewa, prawa, lewa... Zastanawiałam się tylko, który strumień wybrać po powrocie do domu- prysznicowy, czy większy i poważniej brzmiący „wanienny”. Czy chciałam być starożytnym chrześcijaninem, która wchodząc do rzeki pozbywa się grzechu pierworodnego, czy może nowoczesną dziewczyną rodem z amerykańskich seriali? Moje ciało wiedziało, co dobre. Instynktownie włożyłam okrągły korek w dziurkę od odpływu, ten zatkał odpływ. Zemsta jest słodka,  mawiają. Tak słodka jak czekoladowy płyn do kąpieli, którym zatrułam czyste kule wody. Kolejny punkt dla mnie! Przez chwilę przemknęła mi myśl wrzucenia jeszcze paru mydlanych płatków róż, ale nijaki to pasowało do czekoladowego żelu i deszczowego humorku. Niech mi ta woda dziękuje za łaskawośc, taka cwana jestem. Z kranu wypływał strumień wody, który choćbym chciała nie mógł poruszać się szybciej. Był ociężały, jakiś taki nijaki, zupełnie jak, ja dzisiaj. Spersonifikował się ze mną poprzez moje dotknięcie kurka... Wredny bystrzak. Zostawiłam go w spokoju wychodząc z łazienki, nie będzie się napawał moim cierpieniem. Na stole stała butelka wody. Pomyślałam, że może chociaż ten rodzaj będzie dla mnie dzisiaj trochę przychylniejszy. Nie myliłam się. Porządny łyk przepłynął przez moje spragnione gardełko. Powoli napawałam się optymizmem. Zasłoniłam okno, aby nie widzieć tej katastrofy za szybą i usiadłam wygodnie na krześle.  Zamknęłam oczy. Słyszałam tylko strumień lejącej się wody. Uspokajał. Spowalniał oddech. Wyciszał umysł. Przyciszył go chyba do poziomu „wyłączony”, bo woda się przelała. Głupcy, co mawiają, że od przybytku głowa nie boli! Rzuciłam ręczniki na ziemię, chwyciłam mop. Potem rzuciłam ręcznik, rzuciłam mop. Wskoczyłam do wanny. Mięśnie się rozluźniły dzięki masażowi wodnemu. Uśmiech się sam pojawił, kiedy pod wodą oglądając palce były one takie malutkie. Ciało pachniało czekolada, a cały stres odpłynął wraz z wypuszczoną wodą. Nawet miałam ochotę na... DESZCZOWĄ PIOSENKĘ.






Chcę Cię!