Strony

czwartek, 28 lutego 2013

Młodzi, gniewni

W podręcznikach psychologii mówią, że młodość ma to do siebie, że się sprzeciwia. Sprzeciwia się i dobremu, i złemu, sprzeciwia się nawet sprzeciwom, zasadę sprzeciwu kontynuując.  Nie zdziwiłam się więc, gdy młodzi sprzeciwieni, nazwani po obserwacji gniewnymi, wsiadając do środka komunikacji miejskiej, postanowili uraczyć wszechobecnych studentów, wraz z jednym hipsterem na czele, muzyką gniewnych, zwaną dalej hip hopem.
Młodzi gniewni w zależności od klasy społecznej charakteryzują się różnorodnością gustów muzycznych, to fakt. Trafiliśmy niestety na zagniewanych dresów szelestów, więc gdyby ktoś zapomniał, jaki jest najczęstszy przerywnik zdania w języku polskim, mógłby sobie zupełnie bezproblemowo przypomnieć, co chwilę kurwy słysząc. Lecą więc kurwy, na lewo i prawo, aż człowiek sam głupieje i myśli sobie "ja pierdole, co za gówno". Chciałam włączyć więc sobie za pomocą mojego nie-smartfona i zielonych słuchawek Brodkę, wpisując się powoli w klimat weekendowych wojaży. Nie udało się.
Do akcji wkroczył w lorderowsko-waderowym płaszczu wcześniej wspomniany hipster. Na trzech, małych, jeden stary. Na trzech łysych, on w lokach do ramionek. No i nie wyglądał na fana tej muzy ulicy. Czy byście mogli wyłączyć, ale im to nie przeszkadza, ale mu przeszkadza, ale im nie i "ch.j". To usiadł. Pojedynek klasowo- pokoleniowy obserwowali wszyscy, więc hipster się nie poddaje. Znowu wstał i zaczepia i ględzi i siada obok nich i próbuje nawet wyrwać ten telefon. Nie mógł popsuć, bo by młody musiał kolejny ukraść, trzeci w tym miesiącu. Młodzi gniewni nawet wstali na chwileczkę broniąc kompana swojej podróży na gapę. Gdy hipster wysiadł na Politechnice, wszyscy się śmiali. Nie z młodych gniewnych. Ze starego wkurwionego. Dresy vs. hipster. 1:0.

http://www.trekearth.com

Zdjęcie nie jest przypadkowe. Kto odgadnie, co to? 

czwartek, 21 lutego 2013

Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego

Z okazji Międzynarodowego Dnia Języka Ojczystego... historia snu Jacka :)

Od zawsze bałem się ciemności. Wczoraj, byłem tak zmęczony, że poszłem spać już o 19, kiedy na dworzu było jeszcze jasno. Zawsze przed zaśnięciem włanczam lampkę, tą, którą dostałem od cioci Halinki(tej, używającej tak mocno pachnący perfum) na czterdzieste urodziny. Niestety, nie włączenie lampki skończyło się dla mnie katastrofą. Śniło mi się, że jestem w Zakopanym i chce wejść na jakąś górę, oglądnąć ponoć niesamowity widok. Postanowiłem iść po najmniejszej linii oporu i skręciłem w tą uliczkę, która wydawała się być najkrótszą drogą na szczyt.  Nagle zaczełem spadać w dół, a cofanie się do tyłu nie pomagało. Większa połowa mojego ciała zniknęła, a ja zamiast wziąść się w garść i wymyśleć coś sensownego, stałem jak głupi. Na szczęście, znalazłem kogoś torbę, która pomogła mi przetrwać zamieniając się w spadochron. Proszę panią, co może oznaczać ten sen?


Błędy(jakiekolwiek!) czterdziestoletniego Jacusia piszcie w komentarzach- zobaczymy, kto jest miszczem polskiego ;)


piątek, 15 lutego 2013

Jak dokuczyć kanarowi?


Państwo prawa ma to do siebie, że obowiązuje w nim prawo. A że konstytucja wspomina, że Polska, jakżeby inaczej, państwem prawa jest, nie wolno bezprawia szerzyć, w związku z czym dupska bezprawnie(za darmo!) wozić po mieście środkiem komunikacji masowej NIE WOLNO!

Na straży prawa stoją więc, wysoce wykwalifikowani mężczyźni. Nie każdy wie, a podejrzewam, że teraz to już nikt, że owe KANARY nazywali są tak dlatego, że kiedyś nosili czapki z elementami koloru kanarkowego. Na przestrzeni lat jednak, ich strój ewaluował do kruczej czerni, a najlepiej wyglądające czarne spodnie to... sztruksy, bo jakżeby inaczej. Kanary noszą więc sztruksy i dresowe kurtki, wzbudzając tym niesamowity respekt, jak na strażnika prawa przystało. Kiedy owy kanar w swojej ptasiej gromadzie stoi na przystanku łatwo go więc rozpoznać. Na ten widok reakcje pasażerów są różne, a dwie najczęściej spotykane, to albo poszukiwanie biletu, albo... ucieczka. Oczywiście, gdybyś wiedział, jak Cię potraktują też byś uciekał, ile sił w nogach.

Czasem uczciwie skasowany bilet nie wystarcza. Legitymacja uprawniająca do ulgowego przejazdu też nie. Nawet, jak jesteś atrakcyjną seksi blondynką(tak mi przykro Natalio!) też nie. To wszystko nie wystarczy, aby kanar nie potraktował Cię jak przestępcę, którego wykroczeniem jest eksploatacja siedzeń w SKM. Gdy jednak  w wagonie obok siedzi jakiś pijaczyna, śmierdziuch, albo dresów więcej niż ich ferajna zasady sprawdzania biletów się zmieniają, ale generalnie... Muszą być chamscy i już. Ze swoją ekipą trzaskają więc drzwiami, idąc w szeregu jeden z drugim, a że dostaniesz z łokcia z plecy(pisałam już, że noszą dresowe kurtki...) to się ciesz, że nie w ryj. Gdybyś wiedział, że ostatnio jeden kanar, na straży prawa stojący, ukradł w galerii handlowej kurtkę i próbował szmychnąć innemu strażnikowi prawa, ochroniarzowi, cieszyłbyś się, że dostałeś TYLKO z łokcia. 

W razie czego nonsensopedia radzi, jak dokuczyć kanarowi :)

  • Jeśli wcześniej rozpoznajesz kanara, a masz bilet miesięczny, pokaż mu go przed rozpoczęciem kontroli.
  • Kiedy zaczyna się kontrola, podejdź nerwowo do drzwi pojazdu. Kiedy pełen nadziei kanar do Ciebie podejdzie, wtedy pokaż bilet.
  • Kiedy podchodzi do Ciebie, zacznij długo i nerwowo szukać biletu. Kiedy zacznie się cieszyć, że Cię złapał, wtedy wyjmij i pokaż bilet.
  • Możesz też poczekać do wystawienia mandatu. Kiedy już zaczyna cię spisywać, pokaż mu bilet miesięczny, który właśnie znalazłeś.
  • Jak kanar pyta „a bilecik jest?”, spokojnym głosem odpowiedz „jest” i obserwuj jego zdziwiony wzrok, zanim do niego dotrze, że masz mu go pokazać.
  • Nigdy nie dawaj kanarowi biletu do ręki. Zawsze tylko OKAZUJ bilet, najlepiej z jak największej odległości.


wtorek, 5 lutego 2013

Być fit!


Zaczęło się. Gdy zapomniało się już o postanowieniach noworocznych, o tym by nie jeść tak dużo słodyczy, by nie pić tyle piwska, i najważniejsze, najpopularniejsze i najczęściej nierealizowane”chcę schudnąć”, na horyzoncie pojawia się wiosna. Wiosna zaś ma to do siebie, że natura się odradza, wszystko kwitnie, śnieg topnieje i takie tam... Człowiek więc, będący częścią wielkiego systemu zwanego wszechświatem, pragnie się dostosować, więc z postanowień noworocznych przeskakuje szybciuteńko do postanowień wiosennych. Kolejne „chce schudnąć”. W perspektywie widzimy przecież jeszcze lato, a wiadomo, że jak lato, to i nóżkę się pokazuje i bajseps przed wyjściem na plaże pompuje...

Zaczynam od piątku! :)
W powietrzu unoszą się rozmowy stricte    jednotematyczne. Przysiady podnoszą pośladki, brzuszki robimy tylko do momentu spięcia. Ewka Chodakowska zbiera coraz większe rzesze fanek(i fanów!). W sklepach sportowych ogromne przeceny, ale co z tego, jak po pomiarze na specjalistycznej maszynie okaże się, że masz lewą stopę lekko rotującą(sic!), cokolwiek to znaczy, w związku z czym, najtańsze buty, to te za 3 stówki, proszę paniĄ. Wpada człowiek w wielki szał bycia fit. Jak co roku.

Nie je się słodyczy, nie pije się piwa, nie wcina się pizzy, mimo że w Pizza Hut festiwal(gdzie nawet ja, niejedząca mięsa, się najadłam okropnie!). Niektórzy nawet, szaleńcy, zapominają, że po drodze jest jeden dzień. Dzień, będący ulubionym zaraz po moich urodzinach. Wiecie o co chodzi? Tłusty...

Ah, jak ja kocham tłusty czwartek! Bo niektórzy nie ćwiczą by być fit. Niektórzy ćwiczą, by jeść więcej słodyczy!


A jak macie ochotę na maksymalne przygotowanie do wiosny, oczyszczenie i mnóstwo jogi... Szczerze polecam!

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Zimowisko okropisko

Minusowa temperatura potrafi wymrozić. Podobno bakterie, wirusy, stopy, nos i ręce. Skutecznie także wymraża mózg, nie zapominając o procesach twórczych. W taki oto sposób, mam dziurę we łbie niesamowitą, to na pewno przez to, że nie nosiłam czapki. Myślę codziennie, że to na pewno przez zimno, że to taki kryzys zimowy, zmęczenie organizmu i inne wymówki, a nie wyczerpanie się mojego jakże ogromnego i fantastycznego talentu pisarskiego :)) Na usprawiedliwienie, zerkajcie na stronę http://ekomama.pl/ gdzie recenzje eko kosmetyków m.in. mojego autorstwa, a w lutym recenzje dwóch książek na http://podprad.pl/ksiki Może gdy w końcu zmuszę się do napisania tekstu o slow foodzie, mózg pod wpływem pracy jakoś odparuje i znajdziecie tu też coś dla siebie? Liczę na to!

 A jak macie tekstowe pomysły, czekam :)

piątek, 11 stycznia 2013

Mistrzynie makijażu vs. zagorzałe naturalistki


Słyszałam gdzieś (między jedną głupotą wypowiadaną przez mężczyzn, a drugą :)), że kiedy Bóg stworzył kwiatki, mówił „piękne”. Kiedy stworzył rybki, mówił ”piękne”. Chłopu powiedział, że idealny, a babce, że.. „Będziesz musiała się malować”. W taki właśnie sposób powstał ogromny przemysł kosmetyczny, gdzie znajdziesz i pomarańczowe fluidy i białe pomadki. Jest popyt, jest podaż.

Jako że sprawa nałożenie odpowiedniego podkładu, pomalowania rzęs i różu wydaję się aż nadto skomplikowana, babeczki robią błędy. Mniejsze, większe i ogromne. Są takie, które zatrzymały się w latach 80-tych. Nie kojarzycie? Oprócz kręconych blond włosów w nadmiernej ilości skumulowanych na grzywce, pojawiają się oznaki w postaci mocnych(rzecz by można) oczojebnych różowych ust, ogromnej ilości połyskującego, koniecznie NIEBIESKIEGO cienia na powiekach. Są i panie, których życiowym hasłem jest „więcej znaczy lepiej”, w związku z czym, podkładem wysmarowalibyśmy pań ze trzy, a tuszem do rzęs wypastowalibyśmy buty całej ekipie arystokratów francuskich. Inne znane przypadki, to panny bezbrwiowe, panny różowy placek na polikach, panny biała szyja- pomarańczowa twarz- białe uszy. Panny smokey eyes, w stylu asienaebałam. Te wszystkie panie stawiamy z jednej strony, bo po drugiej...

Panie naturalistki! One mają rzęsy długie, że nie potrzebują tuszu. Te podkłady okropne zapychają cerę. Pomalowane oczy się rozmazują przecież, pomadki wysuszają usta, a zrobienie kreski eyelinerem to wyzwanie na miarę zdobycia Kilimandżaro. Że rzęsy długie, a rzadkie-nie szkodzi. Że podkład są mineralne-nie szkodzi. Że są już pomadki mające w składzie substancje nawilżające- nie szkodzi. Tak mnie Bóg stworzył, a że nos czerwony okropnie, oczy podkrążone jak po nocy przepitej( i to codziennie!), nie szkodzi.

Kiedyś, będąc okropnie chorą, ogarnęłam swój look używając trzech kosmetyków i poszłam do szkoły. Wtedy właśnie poczułam moc ODPOWIEDNIEGO makijażu, gdy kumpel, po chwili gadki i dowiedzeniu się, że jestem chora, powiedział:

-Nie widać.
-To makijaż. 
-Nie widać.

Wtedy właśnie, makijażowe mistrzynie dostały po gębie tak samo jak naturalistki. Wygrałam ja-chora, maźnięta podkładem, tuszem i bronzerem. Voilà!

Jeśli myśleliście, że się opindalam przez ten czas, co mnie nie było, to... na dniach info, co w trawie piszczy! :)

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Wesołych świąt!

Między karpatką, a piernikiem :)

Wszystkiego dobrego,
mnóstwa pozytywnej energii,
życia w zgodzie ze sobą i swoimi przekonaniami!

Smacznych uszek, makowców, grzybowej, mnóstwa udanych prezentów! Kevina w telewizji, przejedzenia od słodyczy, litrów grzańca!

Dziękuje Wam za odwiedziny, za to że jesteście ze mną już prawie 10 miesięcy- jesteście wspaniali!

Udanych Świąt!



I żebyście widzieli renifery : O


czwartek, 20 grudnia 2012

Koniec świata

Zaplanowali koniec świata na przedświąteczny okres. Człowiek będzie pędził z karpiem pod pachą, piernikiem pod drugą, w zębach mając kapustę i groch.  I ma jakieś tsunami trzasnąć, w szczegóły jeszcze nie wchodziłam.  Możemy na Sopot wyskoczyć na jedną z imprez z cyklu Apokalipsa. Mam jeden chleb zamrożony, orzechów trochę i mnóstwo kasz. Chcecie to wpadajcie! Ze smutku, że koniec świata napijemy się, jak nigdy dotąd i zrobimy sobie(w razie, gdyby te Indiany się pomyliły) swój własny koniec rzeczywistości, zwany kacem. A nawet, jak jednak będzie ta fala ogromna, to będziemy zbyt pijani, by dostrzec. Gdyby jednak impreza końcowoświatowa przedłużała się, i słabsze osobniki wyginęłyby już dawno, albo gdyby była bida okropna i nędza, pamiętajcie! Nie palcie nigdy historycznych zbiorów z bibliotek narodowych, jak w tym filmie! Nie kłóćcie się! Nie opuszczajcie stada! Możecie z to zjeść moje pośladki, gdybym zamarzła. Naje się całe plemię, a ja zawsze lubiłam karmić ludzi, bo to dla mnie radość, jak im się uszy trzęsą od wcinania. Wracam więc do świątecznego gotowania. Gdyby jednak znowu kłamali :)



środa, 19 grudnia 2012

Przeklęta świąteczna czerwień


Mała niespodzianka!  Wyszukałam świąteczny tekst sprzed... dwóch lat!


Kiedy od końca listopada zaczyna być słyszalny głos Georga Michael’a śpiewającego „Last Christmas”(swoja drogą ciekawe, czy nadal wszyscy chętnie podśpiewywali by sobie to, gdyby wiedzieli, iż wypowiadane „i gave you my heart” pisane było z myślą o odbiorcy- mężczyźnie; )),  a na wystawach kwiaciarni pojawia się grubaśny bałwanek, z jeszcze bardziej grubaśnym Mikołajem i zawsze szczupłą Śniężynką(jak ona to robi!?), to znak, że nadchodzi ten czas. Święta! Atmosfera aż unosi się w powietrzu, kupujemy”cynamonowe ciasteczka”, które z cynamonem mają tyle wspólnego, co ja z wcześniej wspomnianą Śnieżynka. Myślimy o prezentach, na które można wziąć kredyt z Mini Ratką. Choince, z której jak co roku sypać się będą te małe igiełki, malutkie zieluńkie igieluńki, które doprowadzają każdego do wewnętrznego wybuchu następnej wojny, ale przecież pachną  świętami! Zastanawiamy się jak udekorować stół, ażeby rybki lepiej smakowały(nie drogie dzieci, tata wam nie kupił na święta rybki i nie wpuścił jej do akurat wanny, bo wszystkie akwaria były już wykupione…). Możemy nawet bez stresu gotować z „pomysłem na…”. Kevina sobie włączyć możemy(który jednak będzie leciał w święta w telewizji!), "simsy na święta”, psa wcisnąć w strój czerwony, to wszystko popijająć coca- colą, której reklama w tym roku jest zupełnie beznadziejna(drogie dzieci, w tym roku nie ponucicie sobie „coraz bliżej świeta” tylko”it’s christmas time”). Bałwana oczywiście moglibyśmy sobie ulepić, bo śnieg będzie, iść na Pasterkę, bo kościół też będzie…  Szkoda tylko, że nawet tego, co tak łatwe i przyjemne- nam się nie chce. Nie chcę mi się lepić tego grubasa, ani jeść tej biednej ryby, bo zawsze dla mnie śmierdzi rzeką, kolęd mi się nie chce śpiewać, bo zawsze wtedy zastanawiam się, co powiedziałby mój tata, gdybym to ja była w ciąży i powiedziała, że to, co we mnie- to niepokalane poczęcie! Pogotować mogę trochę, bo lubię i jeść też lubię. Świeczki sobie zapale, a co! I to wszystko, co wcześniej wspomniane oczywiście ma swój urok i dla wielu jest bardzo ważne, szkoda tylko, że to takie drętwe, powierzchowne, coraz bardziej snobistyczne(prezenty nie mogą być ręcznie robione, drogie muszą być, drogie!). I wtedy zazdroszczę tym wszystkim katolikom, z krwi i kości, nie tym, którzy nogę ci podstawią, a w niedzielę zawsze są w kościele.  Zazdroszcze tych wspaniałych księży, którzy przypominają, co w tym wszystkim jest najważniejsze- rodzina i miłość.

Ps. Ja lubie święta, bo lubię moją rodzinę. Lampki świąteczne zapaliłam sobie w Andrzejki lejąc wosk, już niestety się przepaliły, bo moja nadgorliwość nie pozwoliła naprawić tacie czerwonej lampeczki, która mogła zrobić zwarcie całej ozdobie. I zrobiła, przeklęta. I fałszywa- czerwona, niby taka świąteczna… 


I jak, i jak? :)



niedziela, 9 grudnia 2012

Hu hu ha!

Droga zimo,

minął już ten czas, kiedy byłaś dla mnie tak ważna. Minął cholernie bezpowrotnie, wraz z dwunastym rokiem życia, albo z tym bałwanem, co jego lepienie w pewnym momencie bawić mnie przestało. Zimo, teraz nie jesteś dla mnie tylko śniegiem i zabawą. Jesteś utrapieniem.

Zimo. Wiem, że ci Twoi kumple- Mróz i Śnieg, przyszli całkiem późno, nie zmienia to faktu, że na zimowe opony mój ukochany musi wydać parę stówek, więc tylko o tym teraz rozmawiamy. Zimo, wolalałym dostać za to ogrom czekolady, żeby przytyć parę kilo, jak to zawsze przez Ciebie, ale czekolady nie dostanę, bo pieniędzy mi zabraknie( na pewno!) bo piździ niemiłosiernie i kaloryfer odkręcam na szóstkę!

Zimo cholerna. Wraz z minus pięć na dworze zaczęły mnie piec policzki, więc kombinuje, czy by tu gębę wysmarować i nie wiem, czy smalec by pomógł. 

Zimo. Musiałam kupić sobie nowe buty, bo tamte skutecznie zniszczyłaś, przez to, że tych partaczy z dróg nie nauczyłaś, że sól niszczy wszystko... Kupiłam sobie więc buty na obcasie, na pewno się za dwa dni wyrżnę, ale to nie szkodzi, bo i tak mnie w krzyżu rąbie od zimna. Zrozum jednak- musiałam sobie kupić takie buty, bo w tych ogromnych kurtkach już i tak wyglądam wyjątkowo papuśnie, więc chociaż nogi sobie wydłuże, a co!

Zimo. Zrobiły mi się przez Ciebie zajady, elektryzują się moje włosy od tych kretyńskich czapek i nawet nakładanie na nie olejów nie pomaga. Ciągle jem rozgrzewającą kapustę, a wiadomo, jak kapusta działa...

Zimo. Ja wiem, że może jesteś fajna, nawet kiedyś, jak niestraszna mi byłaś, to się na śniegu całowałam z takim jednym. Wtedy, byłam młoda i szalona, a teraz mam już dwadzieścia lat i uważam to za wiek na tyle sędziwy, żeby liczyć się na tym świecie.

Posłuchaj więc mojego apelu- zimo, potrzebujemy Cię tylko od 24 grudnia do 1 stycznia. Potem spieprzaj, w try mi ga!

No zimo, posłuchaj się. Posłuchaj się :(






piątek, 23 listopada 2012

Z seksi repertuaru

Są takie sprawy, kobiece, co to, jak się smaku nie pozna, nie można oceniać. Co takie rzeczy, ultra kobiece, co jak się nigdy nie użyło, nie można oceniać. Są!
Sprawa ma się ciekawie. Człowiek nie je mięsa życia połowę, a królika na głowę ubrał, bo chciał poczuć się jak caryca rosyjska, albo co. Zęby nie za proste, to fakt, wystarczająco białe jednak, by ich otoczkę, zwaną ustami, pomalować czerwonym mazidłem i Monroe udawać. Podwyższa się wzrost butami, jak z teatru greckiego, a na kopytka, nawet zbyt zaatakowane tkanką tłuszczową, wkłada się ten nylon, albo podpina pod sznurki jakieś i już jest! Seksbomba, a jak!
Konwencja jest całkiem zabawna, bo gdzie tu(gdy ziemniaków kilogram kupić, albo na dziesiąte piętro wchodzić, bo winda znów popsuta), w futro się odziać, na dupsku mając stringi, pocić się w pończoszkach, robiąc jednocześnie odciski od butów, cholernie źle wyprofilowanych! Klnie się wtedy pod nosem, że to dlatego, że to nie Louboutiny, ale kiedyś, kiedy już będzie się seksi damą na maksa, znajdzie się i gentelman, co czerwonopodeszwowe ciżemki sprezentuje. 
Jak być damą, już kiedyś pisałam, w aspekcie jednak tylko stricte torebkowej, stąd moje rozwinięcie dzisiaj.
Na koncert, tydzień temu, maznęłam sobie usta szminką czerwoną, którą potem zjadłam wraz z bagietką czosnkową. Przez tą chwilę jednak czułam się wspaniale. Przez tą chwilę, gdy potem na obcasach ze skórki, weszłam w dziurę między płytami chodnikowymi, kwitując "kurwą". Taka byłam seksi. 



Ale leżeć i wyglądać też umiem :)

poniedziałek, 19 listopada 2012

Medionalia 2012

Sobota nie może być od wypoczywania! Co to, to nie! Sobota miała być dniem rozwoju :)
Jako że rok temu nawaliłam kompletnie za sprawą gili po kolana, w gardle, w nosie, na bluzce... W tym roku jadłam czosnek już cały tydzień, a nuż! Udało się! Tylko lekko podziębiona w sobotę rano(dobrowolnie wstawać o 7- szaleństwo...) wybrałam się na moją uczelnię(gdybym za nią się stęskniła przez jeden dzień) na Medionalia 2012!



Imprezkę zaczęłam od odebrania identyfikatora, planu imprezy, kuponu na obiad(za darmoszkę mogłam zjeść kotleta schabowego...:)). Pognałam na aulę, gdzie miał odbywać się pierwszy panel dyskusyjny:

PR W ROLI OSKARŻONEGO CZY OSKARŻYCIELA?

Marzena Klimowicz-Sikorska – trojmiasto.pl, Wojciech Wężyk – Brandscope

Pozytywne spotkania dziennikarki Trójmiasta i pana Wężyka, specjalisty RP. Pogadanka była przyjemna, otwarta, pełna pytań, nawet(!) o lekko seksualnym zabarwieniu. Przekomarzania Marzeny Klimowicz o tym, jakie to hieny ci pr-owcy, pana Wojciecha, o ile to lepiej zarabia, a nic nie robi. Fajny klimat.

Drugi panel:

FELIETONIŚCI CZY SZANSONIŚCI?

Krzysztof Skiba (felietonista WPROST), Tomasz Żółtko (pieśniarz, poeta, felietonista)

Ogień i woda. Tak w kilku słowach można opisać Krzysztofa Skibę i Tomasza Żółtko. Spotkanie miało charakter conajmniej dziwaczny. Skiba ekstrawertyczny, Żółtko zamknięty i jakby lekko znudzony. Do tego połowa nie rozumiała na czym polega felieton, potwierdzając swoją niewiedzę zadawaniem kretyńskim pytań. 

Potem wciągnęłam ziemniaki z marchewką, pogadaliśmy sobie z innymi studenciakami dziennikarzami i pognaliśmy na warsztaty pisania interesującej recenzji z Tomaszem Rudzińskim, dziennikarzem Trójmiasta. Chciałam się spytać, dlaczego tak owy portal nie lubi się z Miastem Kultury, ale gryzłam język. Oj gryzłam. Gdy przyszedł czas napisania jakiejkolwiek recenzji, pożaliłam się panu Rudzińskiemu, że mam dziurę w mózgu i czy mogłabym, skoro mam pod ręką komputer, przeczytać jakąkolwiek recenzję, którą już napisałam. Włączam komputer, a tam- awaria systemu :)  No pięknie!
Gdy już włączyłam komputer, byłam szczęśliwa na tyle, by wzbudzić zażenowanie dziennikarza i było już za późno by przeczytać moje pseudo-recenzenckie wypociny. Poczytam sobie jednak dla wprawy relacje z imprez prowadzącego warsztaty, a co!

W niedzielnej części nie uczestniczyłam, bo inwazja gilów była za ogromna... 

A dziś! Ogrom wspaniałych wiadomości i pozytywna energia za pomocą piosenki:

http://www.youtube.com/watch?v=t1lxeJQpOwE&feature=relmfu


Bąbelki! Dobrej nocy! 

sobota, 17 listopada 2012

Koncert na cwaniaczka, czyli big-bitowa Ania Rusowicz

Ogrom rzeczy, w których chcę uczestniczyć jest ogromny, czasu mniej, a pieniędzy... NIEmniej( :) ) jednak czwartkowy wieczór już od jakiegoś czasu dla Ani Rusowicz.



Imprezka odbyć się miała w legendarnym Spatif-ie, obskurnym, bo legendarnym i legendarnym, bo  obskurnym. Jakieś czapki Mikołaja, stare dywany, kawałki firanek nad barem. No... kto, co lubi. Bilecików za trzy dyszki nie zdążyłyśmy kupić, ale  dycha więcej nas nie przeraziła! Stoimy na ciasnych schodach, mówimy ochroniarzowi, że nie kupiłyśmy biletów, bo strona nie działa, a on, że mamy iść kupić tam u starszego pana i poszłyśmy... od razu pod scenę! Kaśka niechętnie, ale ja jestem cwaniak i dusigrosz i hippis. Zachowanie wydawało mi się zgodne z ideologią koncertu, więc wiedziałam, że mi wybaczą w razie czego, dla bezpieczeństwa jednak rękę bez pomarańczowej opaski trzymałam w dole. Na początku, przynajmniej :)

Bo potem było wspaniale i  jeszcze lepiej! Zdejmowanie bluzek( zdziwienie, co? ), pióra, pot i śpiewanie razem "papapa". Ania tańczyła zupełnie, jak jej mama, perkusista był szalony, pan od dziwacznych retro organów lekko zawstydzony pierwszym koncertem, a obok mnie stał 20-letni chłopak z... PEJSAMI! Odstresowanie na maksa! Polecam dla wszystkich tych, którzy czują, że płynie w nich krew wolności, szczęścia i miłości. PEACE :)

Wiecie, gdzie teraz jestem?
 Na Medionaliach, imprezie dla studentów dziennikarzy, gadamy sobie właśnie ze Skibą o felietonach, a co! O tym już jutro :)

środa, 14 listopada 2012

Przysięgam!

Przysięgam, przysięgam, że jeszcze parę dni i znowu będzie coś nowego! Jak rzucę w cholerę prawo instytucjonalne,  psychologię, włoski i  miliony kretyńskich projektów. Jak już uporam się byciem perfekcyjną panią domu, jak wypumeksuje stopy i wyśpię się, będzie coś nowego! Mam dla Was parę fajnych nowinek, więc...

Miejcie się na baczności!

czwartek, 8 listopada 2012

Fenomen rzeczy prostych



Znacie ten wyjątkowy smak świeżego chleba z masłem? Lubicie spać? Po paru piwkach, albo setkach(jak kto woli) bawicie się do Boysów? W końcu- czytacie metro czekając na autobus? Bo wszystko to jest proste! I fajne!

Fenomen rzeczy prostych wynika, jak nazwa wskazuje, z prostoty. A wiecie, co to prostota? Źródło wiedzy podstawówkowiczów, studentów, księdzów, dziadka i tej sąsiadki z dołu, co zawsze w niedzielę daje w palnik (bo rzeczy proste aż nadto jej smakują) definiuje się na temat prostoty w  sposób  aż nadto ściśły! Matka nauki, Wikipedia mówi,  „Prostota jest właściwością, stanem lub jakością bycia prostym. Często oznacza PIĘKNO”. Czego chcieć więcej? Rzeczy proste są łatwo przyswajalne, nie trzeba się dwoić i troić, co oznaczają, ani udawać, że smakują, gdy nie smakują zupełnie! Są i fenomenalne rzeczy skomplikowane, podobno. Kawior jest PODOBNO pyszny. Ale to gdy wcinasz pajdę ciepłego chleba uszy Ci się trzęsą, gdy słuchasz Mozarta nie tupiesz nóżką, jak do„jesteś szalona”, aż Ci jest wstyd, ale jesteś szczęśliwy!

To wstyd cholerny lubić rzeczy proste, tym bardziej że z prostoty do prostactwa podobno krótka droga.  A prostactwo to brak dumy, godności i  niewybredność. Wystarczy więc z miną, jak podczas kolacji w pałacu prezydenckim, jeść ten wspomniany chleb. Myślę, że właśnie w ten sposób z niedobrych rzeczy(patrz: ser pleśniowy) zrobiono dobre.  Udając. Proste!





Widzicie:  http://natemat.pl/37435,miliony-sluchaczy-a-wciaz-budzi-wstyd-czy-disco-polo-to-obciach?

Jednak mam rację :) Idę odmóżdżających Kiepskich oglądać, a co!

piątek, 2 listopada 2012

Mistrz i Małgorzata: Nowicki i Domagalik

Uwielbiam czytać fajne wywiady.
Fajne wywiady to te, podczas czytanie których masz wrażenie, że trochę podsłuchujesz, bo rozmowa jest tak intymna.
Fajne wywiady to te, podczas czytania których gęba Ci się sama śmieje.
Fajne wywiady to te z fajnymi, mądrymi chłopami.

A że lubię mądrych chłopów...

Szczerze polecam wywiad z cyklu "Mistrz i Małgorzata" w gazecie  "Pani". W roli Małgośki, jak zawsze niezawodna Małgorzata Domagalik, w roli mistrza Jan Nowicki.


Małgorzata Domagalik:-Zaproponowałabym ci taką konwencję, żebyś potraktował mnie jak panią, która ciągle jeszcze chce wiedzieć, a Ty, żebyś za tymi drzwiami zostawił starca. 

Jan Nowicki:- Źle zaczynasz, bo mówisz, czego chcesz, a ja nie po to tu się zjawiłem. 

M.D.-Czyli ma być tak, jak ty chcesz. 

J.N.- Nie, pozwól, że skończę. Mój kolega reżyser, nazywa się Bajon, ma taką manierę nie do zniesienia, że mówi do aktorów: daj mi, daj mi. 

M.D.-Ale to właśnie ty mówisz: daj mi, a ja chcę się dowiedzieć. Tylko że jest problem, bo ty lubisz gadać z kimś, kto cię nie lubi, to dodaje ci skrzydeł, a ja cię lubię. Tak? 

J.N.- To fantastycznie. Ale mogę udawać, że mnie cholera bierze? 

M.D.-Chce Ci się udawać? 

J.N.-To mnie na moment ożywia, poza tym ja składam się z opowieści, sam nie wiem, gdzie jest prawda, a gdzie nieprawda. Prawda mnie nie interesuje, a zwierzanie się to już kompletnie. Nawet księdzu nie mówię prawdy, a co dopiero tobie czy sobie. 


I wiecie co owy Pan jeszcze powiedział? Że ludzie już nie wiedzą, co to"Mistrz i Małgorzata". Nieźle! :)


Ps. Kochani! Z niecierpliwością czekam na wpis Wioli Wabnic odnośnie spotkania na Festiwalu Progressteron. Byłam na jej wykładzie i ja, jako jedyna prowadząca bloga zadawałam pytania- będzie filmik- podobno :)

Udanego weekendu!

wtorek, 30 października 2012

Ukulturalnienie


Od czasu do czasu, a rzecz dzieję się zazwyczaj w weekend, mam ogromną ochotę ukulturalnienia. Tym razem nie poprzestałam na nadrabianiu seriali, czy przesłuchiwaniu youtube'a. Nie byłam nawet na koncercie. Tym razem( a właściwie tamtym, bo było to w sobotę 27 października ) zrobiłam coś o wiele bardziej kulturalnego.

Korzystając z okazji nabycia biletów za dwie dyszki udałam się do...  Bałtyckiego Teatru Tańca na(podobno) balet. Co musicie wiedzieć- kiedy już jestem na uczelni( a nie zdarza się to za często) ZAWSZE przechodzę obok owego teatru. Było więc to wydarzenie podwójnie ekscytujące :) Moja baletowa świadomość kończyła się na "Jeziorze łabędzim", "Czarnym Łabędziu"... i wiedziałam, że balet jest z Rosji. Wystroiłam się więc jak stróż w Boże Ciało i udałyśmy się z kulturalnymi kompankami w stronę Gdańska. 

Studentki są jednak cwane. Oprócz tego, że wybrały za cenę dwudziestu złotych aż trzy przedstawienia, owe spektakle posiadały  stroje Paprockiego&Brzozowskiego a muzykę(prócz Mozarta) Możdżera. Prestiż wzrósł więc do "plus sto do lansu".

Co do przedstawień- "Windows" to opowieść o psychodelicznej dziewczynie posiadającej problem z wchodzeniem w relacje interpersonalne, której życie toczy się za plecami, bo jednak zbyt psychodeliczna jest. "No more play"- nie zrozumiałam. "Six dances" WSPANIAŁA opera mydlana, rozśmieszająca na początku tylko mnie(to oczywiste, że powinnam być krytykiem sztuki, skoro w mig pojęłam koncepcję!!!), a potem całą salę. Nie tylko ze względu na tancerza w białych gatkach z przyklejonym kwiatem na przyrodzeniu, też dlatego, że kiedy stylizowani na okres baroku tancerze poruszali się z ich twarzy spadał biały puder(i podejrzewam, że nie był to zabieg celowy) :)

http://www.baltyckiteatrtanca.pl/

A potem, w celu odmóżdżenia i odkulturalnienia poszłyśmy do pewnej knajpki trochę zjeść. No i jadłyśmy lody. Temperatura minus sto.

Jakieś pomysły na tą sobotę? 


środa, 24 października 2012

Logika porzuconej kobiety


Zwykła ona, zwykły on. W tej swojej zwykłości, przeplatanej codziennością i prozą życia oraz mieszkania razem, zmęczyli się oboje. Zamęczyli się cholernie.  Ona, poprawnie zadbana, ale piękna dziewczyna, gdzieś w gonitwie między uczelnią, a pracą zapominała o sobie. Trochę swoje pasję zaniedbała, a talent miała, trochę i pośladki zaniedbała, bo przecież chłopa miała. Więc owy chłop jako słabsza płeć i jej przedstawiciel, dziewczynę rzucił. Zbyt się zamęczył codziennością, zwykłością jej pośladków, swetra w niedzielne popołudnie, czy tym, że ona już nie ma pasji, chociaż sam był nudny, jak flaki z olejem. I 80 % polskich mężczyzn
Na tym etapie zaczęła się rewolucja. Porzucona zaczęła biegać, malować się, inaczej czesać. Stwierdziła, że jednak może warto zapoznać się z trendami modowymi jesień 2012, zacząć znowu realizować się w czymś o czym zapomniała. Porzucona nie jest osobnikiem odosobnionym. Pamiętacie Judytkę z "Nigdy w życiu"? Nagle i szminką czerwoną usta maluje i dom wybuduje na wsi! A na forach, jak grzyby po deszczu, pojawiają się posty, o tym, jak pokazać mu, że jeszcze będzie z niej laska, że jednak nie jest nudziarą i interesuje się filmem. Wszystkie chcą przejść jakąś wspaniałą przemianę po rozstaniu, które podobno jest wyzwalającym doświadczeniem, jak pokazanie środkowego palca nauczycielom przez Agnieszkę Chylińską.
Wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że porzucone nie robią  tego dla siebie. Chłopom pokazać chcą, że są warte i że oni byli niewarci tego, że „zrezygnowały z siebie”. Teraz rezygnują z tego, czego naprawdę potrzebują(zastanowienia się nad sobą, etapu żalu po stracie) byleby znowu je zauważył. Kiedyś rezygnowały z siebie, by czas z nimi spędzić, teraz rezygnują z siebie, by zostać zauważone przez nich. Logika porzuconej, „wyzwolonej” kobiety.



Wiecie, że Balzac napisał książkę "Kobieta porzucona"? Podobno jest to studium psychologii kobiecej. Muszę to przeczytać podczas "czasu dla siebie" i udawania, jaka jestem zajęta. Ot, logika kobiety w związku.

Ps. A co robiłam w zeszłą sobotę? Coś, co sprawiło, że blogowanie ma jeszcze większy sens! Podpowiedź: Progressteron. Wiola Wabnic. Wykłady, rady i pogadanki.


O tym, już niedługo :)


poniedziałek, 22 października 2012

Piękny weekend

Piękna jesień!

W sobotę plaży ludzie biegali na bosaka, słonko grzało, a ja leżałam na piasku porządkując w głowie wszystkie myśli po spotkaniu z pewną panią ze środowiska blogerskiego, o czym już niedługo :)


Tymczasem wspominam.











...i ubolewam, że znowu tydzień pracy, szkoły, wstawania wcześnie i innych głupot! 

Byle do weekendu :) 

sobota, 20 października 2012

Wspaniała Kari Amirian

Uwielbiam jesień. Wysyp płyt, koncertów i ogrom kulturalnych wydarzeń!

Wczoraj spędziłam wieczór w Uchu. Do Kari Amirian podchodziłam sceptycznie, lubię raczej muzykę energetyczną, dająca kopa, a nie smęty i swawolki(nie ukrywam, takie miałam wrażenie po przesłuchaniu paru piosenek). Do koncertu przekonało mnie jednak porównanie Kari do Bjork i opis "połączenie indie pop z alternatywą" oraz Kasia(dzięki!)

Pomyślałam, że może na żywo będzie inaczej?

fot.Martyna Galla

Oj było! Przepięknie ubrana Kari Amirian, w bluzce inspirowanej stylem indiańskim i skórzanych spodniach, CUDO! Wyglądająca mniej więcej tak:

fot. ishootmusic.eu

Przeskromna, wspaniale wprowadzająca w klimat. Sama muzyka- ogromnie naturalistyczna(można było usłyszeć... uwaga! skrzydła ptaków!:)) Bębny, skrzypce, organy, wiolonczela, bas. Niesamowita energia, klimat stworzony przez brak przerw między piosenkami i charyzmę samej Kari, która całą publiczność "zmusiła"(a my się chętnie poddaliśmy) do powstania i klaskania. W tle specjalnie przygotowane wizualizacja kolektywu Wooom. Wiecie co było w tych animacjach? WILK, na przykład.

Kari, dzięki!

Moje ulubione <3