Z utęsknieniem czekam na jutrzejszy dzień, gdy (na szczęście) już po godzinie dwunastej, będę mogła wybiec na główną ulicę miasta i gębę cieszyć, że szaleństwo uczelniano-pracowe się skończyło. Wstawanie poranne, torba, która rwie się od nadmiaru jedzenia, włoski "picollo test" z powtórzeniem wszystkich czasowników poprzedniego roku, prezentacja z przedmiotu, którego nazwy nie pamiętam, bo inne są zbyt podobne- także merytorycznie!
Kilkanaście godzin poza domem, nawet mnie potrafią wymęczyć, a na wzrost odporności przy wykończeniu nie pomaga ani kasza jaglana, ani olej lniany. Skapitulowałam nawet z czosnkiem, nad czym bardzo "ubolewa" mój ukochany :)
Przede mną- całe dwa dni błogiego lenistwa. Mam na nie plan, a jakże! Biblioteka, która muszę odwiedzić koniecznie jutro, bo dostanę kolejną karę, chyba że jak w dwóch poprzednich przypadkach zmienię ją na inną, nie informując o tym, że nie zapłacę kary. Byłoby szkoda, bo jest i blisko i wszystkiego pod dostatkiem, więc planuje "Buszującego w zbożu", "Władce much", albo jeszcze inny literacki rarytasik do nowej serii.
 |
Wiecie, że istnieją pięknie biblioteki? :O |
Potem gdyńska, stara , zimna, śmierdząca, ale jakże klimatyczna hala, by zakupić dynie, paprykę, pietruszkę, fasolę, groch i inne. Trzeba w końcu zrobić zapasy na kolejny tydzień, by mieć co pakować w małe pojemniczki, z których śmieją się wszyscy porównując mnie(kobieta, młoda) do Ibisza(chłop, stary)!
Małe sobotnie sprzątanie, które jest swoistym rytuałem w sobotnie popołudnia w polskich domach, by potem... Chillować z dziewczynami, winem, filmami, jedzeniem, winem, jedzeniem.
Niedzielę trochę odchoruję z rana wraz z kacem, a potem... Potem nie wiem. Porobię nic. W nicnierobieniu jeszcze dwa tygodnie temu byłam MISTRZYNIĄ! Zbiorę siły na kolejny tydzień, którego intensywność jednak bardzo lubię. Czuję, że żyje, a i dzień z telewizorem doceniam bardziej. Rozumiecie to? Z telewizorem :O
Kochani! Namówiłam pewną panią, zwaną przeze mnie "Martuszką", aby narysowała dla bloga pewien rysunek, który już na dniach(mam nadzieję) zawiśnie zamiast kałamarza z piórem! Na dniach recenzja kolejnej kultowej, moim zdaniem, książki. W tygodniu... felieton o tym, jak baby zaczynają chodzić na siłownię, golić nogi i przechodzić jakąś wewnętrzną przemianę rozwojową, gdy tylko chłop je rzuci. Musicie zajrzeć!
Udanego weekendu!